Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Samorządność na przekór wszystkim

O pierwszym strajku w białostockim MPK w 1991 r. powiedziano później, że był sterowany. Podłożem strajku był jednak autentyczny sprzeciw pracowników wobec nowego szefa przedsiębiorstwa Wiesława Tomaszewskiego (wcześniej w PKP). Sprawowanie funkcji dyrektora rozpoczął bowiem od podniesienia sobie pensji do poziomu osiem razy wyższego od pensji kierowców.

Strajk rozpoczęto 13 maja 1991 roku. Pracownicy zażądali dymisji dyrektora, podwyżek pensji i dyskusji nad przekształceniami własnościowymi przedsiębiorstwa. Do strajkujących zgłosił się z pomocą prawną mecenas Jerzy Korsak (wówczas właściciel jedynej prywatnej kancelarii adwokackiej w Białymstoku, obecnie członek Naczelnej Rady Adwokackiej) i przekonał ich, że aby odwołać dyrektora, trzeba rozwiązać przedsiębiorstwo. Niespodziewanie szybko, bo już 16 maja Rada Miasta postanowiła spełnić postulat pracowników i specjalną uchwałą rozwiązała MPK, czyniąc likwidatorem... Jerzego Korsaka. Komitet strajkowy podpisał porozumienie. 17 maja Rada Miasta powołała w miejsce MPK: Zakład Obsługi Komunikacji Miejskiej i dwie spółki skarbu gminy. Pomysłodawcą był prezydent miasta Lech Rutkowski. W zarządach spółek zasiadły żony członków zarządu miasta. Zadbano także o byłego dyrektora. Zarząd miasta przyznał mu kredyt na zakup 30 Ikarusów z byłej NRD, ponieważ Tomaszewski postanowił założyć prywatną firmę przewozową "Biatra".

Dopiero w tym momencie członkowie Rady Pracowniczej MPK spostrzegli się, że strajkującą załogę wyprowadzono w pole. Złożyli odwołanie, ale było już za późno. Nikt nie słuchał ich argumentów, że uchwała rajców miejskich jest niezgodna z ustawą o prywatyzacji, a sama działalność likwidatora wyprzedza uprawomocnienie się decyzji o likwidacji.

Okazało się, że to nie koniec niespodzianek: nowi szefowie postanowili zwolnić 200 pracowników byłego MPK. Rada Pracownicza odpowiedziała przeprowadzeniem w czerwcu referendum, w którym pytała pracowników o zgodę na likwidację, redukcję etatów i perspektywy pracy w spółkach. Za strajkiem dla uniknięcia takiej przyszłości opowiedziało się 85 procent załogi. Wysłano oświadczenie do ministra przekształceń własnościowych Janusza Lewandowskiego. Ministerstwo przyznało, że sprzeciw Rady Pracowniczej powinien był wstrzymać proces likwidacji, ale nie podjęło żadnych działań. Nie próżnowali za to nowi szefowie.

1 lipca 250 pracowników zostało niespodziewanie zwolnionych. Sławomir Jakubowski, przewodniczący Rady Pracowniczej powiedział, że po prostu przyszli i nie znaleźli swoich nazwisk na listach obecności. Następnego dnia wybuchł strajk. Uczestnikami byli niemal wyłącznie kierowcy i mechanicy. Głównym postulatem stał się powrót do sytuacji sprzed połowy maja momentu likwidacji. Prezydent Rutkowski odmówił rozmów ze strajkującymi. Od akcji protestacyjnej odcięła się od razu zakładowa "Solidarność". OPZZ przyjął postawę wyczekującą. Media były nastawione nieprzychylnie ze względu na niedogodności dla mieszkańców. Władze uruchomiły komunikację zastępczą z pomocą wojska i łamistrajków zatrudnionych w nowych spółkach.

23 lipca Sąd Gospodarczy w Białymstoku orzekł, iż przemiany w MPK rozpoczęte przez władze miejskie są zgodne z prawem. Powołał się przy tym na akceptację likwidacji MPK przez majowy komitet strajkowy, pomijając zupełnie sprzeciw Rady Pracowniczej. Przeciw strajkującym wystąpił także marszałek senatu Andrzej Stelmachowski, który oskarżył Jerzego Urbana o inspirowanie protestu. Pod koniec lipca wszyscy uczestnicy strajku otrzymali dyscyplinarne zwolnienia z pracy. Pracownicy starali się przekonać do swoich racji mieszkańców miasta.

13 sierpnia dwustu strajkujących przeszło pochodem spod pomnika Popiełuszki przed Urząd Miasta z transparentem "My chcemy pracować, wy chcecie rujnować". Prezydent po raz kolejny odmówił rozpatrzenia ich żądań. Tym razem strajkująca załoga postanowiła podjąć bardziej radykalne kroki. Wybrano Tymczasowy Zarząd Robotniczy (TZR) w składzie: Zbigniew Olechnicki (przewodniczący), Stanisław Pruszyński, Zbigniew Borowski, Paweł Gawryluk, Marek Chorąży, Mirosław Sipika i Waldemar Dziumak. Miał to być wstęp do przejęcia pełnej władzy nad przedsiębiorstwem przez jego pracowników.

17 sierpnia, podczas nadzwyczajnej konferencji prasowej TZR ogłosił przejęcie zakładu pracy razem z całym majątkiem w użytkowanie. Poinformowano, że strajk okupacyjny zostanie przekształcony w strajk czynny. Oznaczało to, że pracownicy samodzielnie uruchomią komunikację miejską, zlecą wydrukowanie biletów, a wpływy przeznaczana samoorganizację zakładu, przestaną zaś odprowadzać pieniądze do kasy władz miejskich. Strajkujący podkreślili, że nie zabierają autobusów dla siebie, lecz chronią firmę przed rozgrabieniem majątku. "W gruncie rzeczy te autobusy są nie tyle własnością komunalną, co bardziej całego społeczeństwa Białegostoku"- powtarzał Olechnicki. Wydano też komunikat, ze w przyszłości zostanie powołana spółka pracownicza. "Mamy do tego prawo, raz dlatego, że większość z nas budowała to przedsiębiorstwo, straciła w nim najlepsze lata. Dwa, bo mamy przecież demokrację" - mówili pracownicy. Reakcja władz była natychmiastowa. Tego samego dnia odcięto prąd i dopływ paliwa. Uniemożliwiono w ten sposób wyprowadzenie autobusów na miasto.

24 sierpnia załoga wysłała list do prezydenta Wałęsy, w którym pisano, że jest inwigilowana przez UOP i docierają do niej informacje o planowanym użyciu siły, proszono o pomoc. Nie otrzymano odpowiedzi.

28 sierpnia oddziały policji zablokowały ulice wokół zajezdni przy ul. Składowej, gdzie przebywali strajkujący. Na rozmowy z pracownikami udali się prezydent Rutkowski i komendant wojewódzki policji Tadeusz Serwatka. Zagrozili użyciem siły. Udało im się zastraszyć pracowników do tego stopnia, że ci zgodzili się na "honorową kapitulację". O godz. 19 wieczorem tego samego dnia policjanci mieli wkroczyć do zakładu, a pracownicy wyjść za bramę w asyście funkcjonariuszy. Jednak o umówionej godzinie przybyłych notabli i policjantów przywitał tłum kobiet uzbrojonych w parasolki. To żony i matki strajkujących przyszły im z odsieczą. Kobiety zablokowały bramę wjazdową i odmówiły przepuszczenia policji. Pracownicy oświadczyli, że będą kontynuować strajk. Policja wróciła do koszar.

31 sierpnia Federacja Anarchistyczna - sekcja Kraków zorganizowała wiec solidarności z załogą MPK przed bramą Huty Tadeusza Sendzimira. W ciągu jednego dnia zebrano wśród hutników i pracowników krakowskich zajezdni ponad 800 podpisów pod listem poparcia dla strajku w Białymstoku. Następnie przedstawiciele FA udali się do Białegostoku, gdzie wystąpili na wiecu załogi. Należy dodać, że poparcia strajkującym udzieliły także: Solidarność'80 (szczególnie Seweryn Jaworski), Wolne Związki Zawodowe, KPN, PPS i Partia X Tymińskiego. Doszło też do ostatniej próby negocjacji z udziałem prezydenta Białegostoku, "Solidarności" i księży. Rozmowy przerwano, kiedy strajkujący odmówili rezygnacji z decyzji o kierowaniu przedsiębiorstwem przez samych pracowników.

2 września nastąpił drugi szturm na zajezdnię. Akcja rozpoczęła się o 4.25 rano. Najpierw nieoznakowane nyski podjechały przed bramę i wyskoczyli z nich komandosi, którzy gazem potraktowali wartowników, powalili ich na ziemię i wykręcili ręce. Już po chwili podniesiono szlaban i oddziały prewencji wdarły się do zajezdni. Zaskoczeni pracownicy praktycznie nie stawiali oporu. Według rzecznika policji - kilku robotników broniło się za pomocą łańcuchów i łomów, ale zostali obezwładnieni przez funkcjonariuszy brygady antyterrorystycznej. Ponad 100 pracowników wyrzucono przed bramę. Tuż po opanowaniu zajezdni przez policję rozpoczęto przeprowadzanie autobusów do zakładu komunikacyjnego przy ul. Jurowieckiej. Kierowcami byli żołnierze i łamistrajki. Zebrani przy bramie pracownicy obrzucili wozy kamieniami, wybijając szyby w dwóch z nich. Policjanci wraz z komandosami rozpędzili tłum. Pobito pałkami przypadkowych przechodniów. W sumie 10 osób odniosło obrażenia. Kiedy wyprowadzono już większość autobusów bramę zagrodzono barierkami i kordonem policji w pełnym rynsztunku. Prezydent Rutkowski oświadczył, że wraz z wojewodą Stanisławem Prutisem (od 1996 roku dziekan wydziału prawa Uniwersytetu w Białymstoku) zwrócili się do policji o "przywrócenie stanu prawnego", za wiedzą rządu. Minister sprawiedliwości Wiesław Chrzanowski (ZChN) uzasadnił decyzję o pacyfikacji tym, że "dawna ustawa nie dopuszczała legalnych strajków, a obecna je sankcjonuje". Strajk w MPK uznał za nielegalny. Przeciwko pacyfikacji zaprotestował tylko Jerzy Rulewski (Solidarność).

 

Strajkujący postanowili kontynuować protest przed bramą zajezdni, a 19 spośród nich rozpoczęło głodówkę.

7 września do przerwania głodówki próbował ich nakłonić biskup Edward Kisiel mówiąc, że naruszają piąte przykazanie. Bezskutecznie. Zbliżał się termin wyborów do parlamentu, co sprzyjało przynajmniej częściowo korzystnym dla pracowników rozstrzygnięciom. Przedłużający się strajk w asyście policji nie świadczył najlepiej o decydentach (zaczęli nawet twierdzić, że policja chroni pracowników przed gniewem mieszkańców miasta). Poparcia strajkującym udzieliło w końcu OPZZ.

8 września wieczorem Tymczasowy Zarząd Robotniczy wynegocjował z władzami utworzenie komunalnego przedsiębiorstwa komunikacyjnego, którego dyrektorem zostanie osoba wybrana przez załogę. Zgodnie z porozumieniem wobec uczestników strajku nie miały być wyciągane żadne konsekwencje i wszyscy mogli wrócić do pracy.

9 września rano policja opuściła zajezdnię przy ul. Składowej.

Warto pamiętać o tamtych wydarzeniach, co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, był to pierwszy w Trzeciej Rzeczpospolitej strajk zwolenników samorządności pracowniczej. Po drugie, po raz pierwszy rząd legitymujący się "solidarnościowym rodowodem" (premierem był Jan Krzysztof Bielecki, ministrem pracy Jacek Kuroń) zdecydował się na użycie siły przeciw strajkującym.

Opracował: Rafał Górski
Powrót na górę