Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Właściciel Vobro korzysta z ochrony wiceministra spraw wewnętrznych i policji?

Istnieją uzasadnione przypuszczenia, że prokuratura, która umorzyła śledztwo w sprawie śmierci Krzysztofa Pruszewicza, pracownika fabryki Vobro, mogła działać pod presją wysokiego rangą urzędnika z ministerstwa spraw wewnętrznych oraz policji, chroniących właściciela firmy.

16 kwietnia 2008 w fabryce cukierków Vobro w Brodnicy uległ śmiertelnemu wypadkowi 21-letni robotnik. Pomimo licznych stwierdzonych uchybień i notorycznego łamania przez pracodawcę prawa pracy, prokuratura nie stwierdziła niczyjej winy i postanowiła umorzyć śledztwo.  Śledztwo dziennikarskie przeprowadzone przez Włodzimierza Nowaka z Gazety Wyborczej (opublikowane w dniu 8 września 2008 roku na łamach dodatku Duży Format) wykazało jednak, że pracodawca dopuścił się licznych uchybień, które potem w dokumentach zostały zatuszowane. Żona właściciela fabryki Wojciecha Wojenkowskiego, sporządziła protokół powypadkowy, a brat osoby odpowiedzialnej w Vobro za przestrzeganie bhp, jako Inspektor Pracy, przeprowadził odpowiednią kontrolę. Na dokumenty te z kolei powołała się prokuratura, stwierdzając, że nie ma podstawy do sformułowania zarzutów wobec kogokolwiek. Rodzina zmarłego zaskarżyła jednak decyzję o umorzeniu śledztwa. Na rozprawie przed Sądem Rejonowym w Brodnicy w dniu 11 września prokurator zachowywał się jak obrońca właściciela zakładu Wojciecha Wojenkowskiego.

 

  Krzysztof Pruszewicz ze swoim młodszym bratem

Jednocześnie okazało się, że właściciel Vobro Wojciech Wojenkowski może być ochraniany przez Zbigniewa Sosnowskiego, obecnie wiceministra spraw wewnętrznych w randze podsekretarza stanu, który pochodzi z Brodnicy i pełnił lokalnie ważne funkcje na stanowiska samorządowych - jest radny powiatowym i był członkiem zarządu województwa kujawsko-pomorskiego. Sosnowski, związany z PSL-em, był posłem do sejmu w latach 2001-2006. Jest także prezesem Zarządu Oddziału Powiatowego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych w Brodnicy. W Brodnicy mówi się, że Sosnowski nie da skrzywdzić Wojenkowskiego i oczywiście powątpiewa się w niezależność tutejszej prokuratury. Tym bardziej, że z drugiej strony, Wojciech Wejkowski należy do zarządu, działającego pod auspicjami policji, Mundurowego Klubu Motorowego (www.mkmrp.org). Brodnicki oddział tej organizacji powstał 24 kwietnia 2008 roku w... Powiatowej Komendzie Policji. Przewodniczącym zarządu jest Joachim Szulc, były szef brodnickiej drogówki, dziś radny gminy Brodnica.

Czy Wojenkowski i Sosnowski się znają? To pytanie czysto retoryczne. Między innymi Sosnowski, już jako wiceminister, w czerwcu br., odsłaniał w Bordnicy pomnik Jana Pawła II, którego Wojenkowski był jednym z głównych fundatorów. Właściciel Vobro powiązany z elitą władzy korzysta z jej ochrony. W ten sposób państwo strzeże interesów prywatnego kapitału.

www.ozzip.pl


Artykuł Włodzimierza Nowaka "Źrebak na okresie próbnym", zamieszczony w Gazecie Wyborczej (Duży Format), 8 września 2008 r.

Halówki wytrzymały dwa tygodnie, kupiłam adidasy, ale mówił: "Mama, ślizgam się". Bo tam w fabryce wszędzie tłuszcz. Kupiłam półtrampki. W tych zginął

Zginął w środę nad ranem w mieszalniku do wyrobu cukierków Cza-cza. Krzysztof Pruszewicz żył 20 lat, 11 miesięcy i 4 dni.

Siostry, matka, koleżanki mówią, że Krzysiek był zwykły. Żył w Gorczenicy, wiosce pod Brodnicą, prawie nie wyjeżdżał (raz z klasą technikum do Częstochowy w intencji matury, czasem skoczył do Torunia do dziewczyny i parę razy do rodziny do Gdańska). Jak się śmiał, to marszczył mu się nos, rudawe włosy się nie układały i miał trochę piegów.

Opowiadają: matka, siostry, behapowcy, prokurator, pracownicy "Cukierków" (anonimowo) i jeszcze protokoły z wizji lokalnej.

Tata Krzycha, rolnik z chorym kręgosłupem, nie chciał przyjść z kuchni porozmawiać, młodszy brat nic nie mówi. Po śmierci Krzycha ściął długie włosy.

Wtorek, 15 kwietnia

Krzysztof przeciska się przez dziurę w izolacji nad schodami. Dom Pruszewiczów nieotynkowany, z białych pustaków stoi przy szosie. Pół życia go budowali. Wykończyli tylko parter i żeby ciepło nie uciekało na piętro, odcięli schody wełną mineralną, a Krzyś uparł się i za to, co uzbierał na rwaniu truskawek u plantatorów i pieleniu po wsi ogródków, wykończył sobie pokoik na górze. Chciał mieć spokój przed maturą, bo przedtem miał pokój z siostrami. (To tam, gdzie stała trumna).

Rok temu skończył Technikum Żywienia i Gastronomii w Brodnicy, specjalność dietetyka.

Magda, starsza siostra (studiuje etnologię w Toruniu): - Na temat maturalnej prezentacji wybrał sobie Apokalipsę. Ćwiczył przed lustrem. Jakoś połączył "Małą Apokalipsę" Konwickiego, Ewangelię św. Jana, obraz Memlinga, tylko nie mógł znaleźć w internecie dobrej jakości "Sądu Ostatecznego" Michała Anioła. Śmiał się potem, bo w końcu ściągnął go z jakiejś strony gejowskiej. Na tapecie monitora miał obraz Beksińskiego.

Danuta Pruszewicz, matka: - Po technikum siedział w domu, z tych naszych 12 ha już się nie wyciśnie pieniędzy, a on chciał mieć własne, żeby ojców nie prosić.

Magda: - Lubiłam patrzeć, jak się goli przed pracą. Taki przejęty, to przecież była jego pierwsza praca. Do "Cukierków" przyjęli go na okres próbny, na trzy miesiące. Wiadomo, nie wytrzymasz próby, to wezmą innego. Razem z babcią jest nas w domu siedmioro, łazienka stale zajęta, więc brał wodę w kubek i golił się w pokoju. Syczał: "Nie patrz, bo się zatnę".

Vobro. Słodycze Polskie

Krzysztof je zupę i rozmawia z matką. Zaczęli produkować nowe cukierki z moreli, kierownikowi bardzo smakują. Chłopak martwi się, żeby mieszalnik był sprawny. Raz przez awarię przerobił tylko 600 kg i kierownik produkcji wyzwał go od najgorszych, bo nie wyrobił normy. Maszyny są stare. Na początku męczył się z temperaturą wody, aż mu ktoś powiedział: "Nie patrz dzieciaku na te czujniki, bo źle pokazują i cukierek nigdy ci nie wyjdzie, musisz robić na wyczucie".

Do tablicy "Vobro. Słodycze Polskie" Krzysztof ma 2 km, ale na nockę pożycza stare audi rodziców, po 12 godzinach nie chce się wracać pieszo. Potem 12 godzin odpoczynku i znowu na 12.

Matka: - Mąż ma kłopoty ze snem, jak Krzych wracał z nocki, to mu bramę otwierał. Siedzieliśmy potem przy herbacie i Krzych opowiadał, co w pracy. Ostatnio narzekał, że szef produkcji gna do roboty jak niewolników. Opowiadał, że w jedną noc 1700 kilo musi przenieść, wymieszać i jeszcze wydobyć z tego mieszalnika. Jak facet przed nim tylko połowę normy wyrabiał, to go zwolnili.

Mąż słyszał, jak karetka jechała. Przed siódmą przyjechał pracownik z Vobro. Siadł na kanapie, głowę zwiesił i powiedział, że syn miał lekki wypadek, coś w rękę sobie zrobił. I pojechał, a przecież już wiedział.

Jak potem mąż poszedł do Vobro po samochód, to mu nie wydali, że niby policja sprawdza, czy Krzychu za kluczykami od auta nie wpadł do mieszalnika. Bo w tej masie znaleźli gumę do żucia, czepek zakładowy i kluczyki. Potem się z tego wycofali, bo klucze były służbowe, od magazynu. Przecież jak dzieciaka mieszało, to wszystko mu wypadło.

Pielucha

Wypadek był ok. 5 nad ranem na hali cza-cza (cza-cza to cukierek produkowany w Vobro). Skończyli właśnie ostatnią partię, jedni zeznają, że robili wtedy cza-czę, drudzy, że sambę. Kobiety z brygady Krzysztofa sprzątały linię, a on miał jeszcze ręcznie wybrać z mieszalnika 150 kg nieprzerobionej masy. Mieszalnik ma

1,5 m głębokości. Stojąc na trzech schodkach przystawionych do mieszalnika, trzeba się głęboko pochylić albo wejść do środka i łychą wygrzebywać masę. Maszyna działa tylko przy zamkniętej pokrywie. Ma wyłącznik krańcowy, kiedy uniesie się pokrywę, wyłącznik zatrzymuje łopaty mieszadła.

- Wydawało mi się, że nogi wystają z mieszalnika - zezna potem jedna z robotnic. Ale nikt nie widział, jak i kiedy Krzysztof wpadł.

Wszyscy byli zmęczeni. Robotnik, który tej nocy zastępował jedną z kobiet przy taśmie i pomagał Krzysztofowi, poszedł akurat umyć narzędzia. Kiedy wrócił, mieszadło pracowało, a w środku był Krzysztof.

Robotnik zezna potem, że wyłącznik krańcowy był zablokowany czyściwem, nazywanym w Vobro pieluchą.

Zerwał pieluchę i maszyna się zatrzymała. Kilka dni później robotnik dostanie "karę regulaminową", bo przyznał w śledztwie, że nieraz też blokował wyłącznik pieluchą, chociaż to wbrew przepisom bhp.

Zezna nawet, że inni też tak robili. Żeby ułatwić sobie pracę, zgarniali masę z pracujących łap mieszalnika. Poza tym robotnikiem nikt z zeznających nie widział tej nocy, że wyłącznik był zablokowany pieluchą. Pielucha też gdzieś przepadła.

Jakaś kobieta krzyczała, że trzeba rozciąć mieszalnik, ale warsztat był za daleko.

Robotnicy siłą przepchnęli łapy mieszadła i wyciągnęli Krzysztofa na posadzkę.

Robotnica z sąsiedniej hali, która próbowała tamować krew (kiedyś pracowała jako pielęgniarka), powie potem matce, że Krzyś miał oczy otwarte, chyba mówił, że go boli, niewyraźnie, bo miał podcięte gardło, zmiażdżone lewe płuco... I że długo czekali na pogotowie.

Fundator

Wojciech Wojenkowski, właściciel Vobro, to znana postać w Brodnicy. Fundator i sponsor. - Zarzucił dzieci ciasteczkami - chwali go organizator letniej kolonii.

- Zapłacił za renowację zegara na rynku. Daje na budowę kościoła - chwalą mieszkańcy.

- A to był prosty chłopak spod Brodnicy, chyba tylko zawodówkę skończył, zaczynał od waty cukrowej. Ale uparty, dobrze inwestował, wykorzystał koniunkturę na rynku wschodnim i teraz chyba nie ma bogatszego w powiecie.

- Widziałam, jak się spóźnił się na mszę, a ksiądz przerwał i poprosił wiernych, żeby się posunęli, zrobili w ławce miejsce państwu Wojenkowskim.

W Radiu Maryja wziął udział w dyskusji na temat ochrony środowiska w rejonie toruńskim.

Nazwisko fundatora Wojenkowskiego obok burmistrza i kilku miejscowych przedsiębiorców wyryto na granitowym cokole pomnika papieża Polaka, który stoi w centrum Brodnicy.

Pomnik odsłonięto 8 czerwca. Ludzie żartują, że nie wiadomo, do kogo się teraz modlić, do Wojenkowskiego i biznesmenów czy do Jana Pawła II.

Tydzień po odsłonięciu pomnika i dwa miesiące po śmierci Krzysztofa brodnicki prokurator Marcin Perliński umorzył śledztwo w sprawie wypadku w Vobro. Nie dopatrzył się winy pracodawcy. Podobnie inspektor Państwowej Inspekcji Pracy.

Uznali, że to poszkodowany złamał przepisy bhp i dlatego zginął.

Raport o śmierci brata

Magdalena, siostra Krzysztofa, napisała dziesięciostronicowy raport o śmierci brata. Krytykuje zakład pracy. "Nie było ani lekarza, ani pielęgniarki. Na miejscu reanimowali Krzysztofa pracownicy. A przecież firma ma status zakładu pracy chronionej!".

Siostra krytykuje też policję, behapowców, inspekcję pracy i prokuratora. Że nie widzą oczywistych spraw, że nie zadają właściwych pytań, jakby chcieli schować sprawę pod dywan.

Własne śledztwo Pruszewiczowie zaczęli kilka dni po pogrzebie, kiedy z Vobro przyszła komisja z protokołem powypadkowym. Karolka, młodsza siostra, nagrała ich telefonem, słychać, jak się behapowiec zacina. - Czytamy, a tam, że syn miał zakładowe buty antypoślizgowe. Nerwy nas wzięły. Jakie służbowe?! Sama mu buty kupowałam. Trzy pary zniszczył przez te dwa i pół miesiąca.

- Od czego?

- Od chodzenia! Do Częstochowy by tak butów nie zdarł. Jezus Maria, jak tam ludzie harują. Sportowe halówki wytrzymały dwa tygodnie, kupiłam mocniejsze adidasy, ale mówił: "Mama, ślizgam się". Bo tam wszędzie tłuszcz, to kupiłam półtrampki. W tych zginął.

Magda: - Ludzie powtarzają: w Brodnicy nie wygracie. Ale nie odpuścimy. Krzych też by nie odpuścił. Kiedyś nasi sąsiedzi palili opony i Krzych mówił, żeby przestali, bo powietrze trują. Kochał przyrodę. Sąsiad się śmiał, więc Krzych za telefon i ściągnął policję.

Matka: - Jak oni człowieka traktują! Poszłam na policję, to nie chciało im się z matką gadać. Poszłam do prokuratora, to tak spojrzał na człowieka. No dobra, mogłam być źle ubrana, nie tak uczesana, ale w końcu mój syn zginął. Co, zanim pójdę do prokuratora, mam iść do fryzjera? To na tym świat polega?! Z początku człowiek siły nie miał, żeby walczyć. Kręcili z pogrzebem, że sekcja zwłok, ale patolog się urżnął akurat, więc wywieźli syna aż do Torunia. Później, że trumny nie dadzą do domu. Mąż jakoś załatwił i dali syna na godzinę. Mówię do męża: "My z nimi nie wygramy". Sąsiedzi poradzili, żeby brać adwokata, tego z Płocka, nawet mordercę wyciągnie. Ale chciał 5 tys. Skąd wziąć? My z mężem na rencie. Dziewczyny się uczą. Wzięliśmy tańszego z Torunia. Nawet nie wiedzieliśmy, że sprawa jest umorzona, dopiero adwokat powiedział.

Siostra: - Jak zaczęłam to nasze śledztwo, poszliśmy z wnioskiem do Vobro po instrukcje bhp do obsługi maszyny, ale nie dali. To poprosiłam, żeby napisali, że odmawiają. Nie chcieli.

Brat kontrolował brata

Poszedłem do doświadczonego behapowca, żeby wczytał się w dokumenty.

Przeczytał i pyta: "Dlaczego prokurator Marcin Perliński nie zauważył, że młody chłopak zatrudniony na okres próbny jako robotnik pomocniczy w przemyśle spożywczym wykonywał prace operatora maszyn i brygadzisty?" (W świadectwie pracy nie ma słowa o jakimś awansie, wypowiedzeniu warunków pracy, podpisaniu nowych). Awans po śmierci?

"Instrukcja bezpiecznej obsługi maszyn i urządzeń - linia wyrobów czekoladowych" dołączona do akt sprawy zabrania pracownikowi pomocniczemu pracy przy takich maszynach jak mieszalnik. Krzysztof Pruszewicz nawet nie powinien go włączać ani wyłączać. A on obsługiwał mieszadło zwykle sam i nawet w nocnych nadgodzinach.

Prokurator to przeoczył?

Dlaczego w swoim uzasadnieniu prokurator określa Pruszewicza ogólnie "pracownikiem produkcji"?

Dlaczego do grudnia mieszalnik obsługiwały dwie osoby, a potem drugi etat zlikwidowano?

Dlaczego pod tą instrukcją bhp jest prawie 200 podpisów pracowników i żadnej daty, kiedy podpisali? Jakby ktoś hurtem zbierał podpisy, a na samym końcu, na dole kartki wciśnięty jest drobniutki podpis Krzysztofa Pruszewicza?

Rodzina mówi, że to nie jego podpis, ale grafolog nie mógł ocenić autentyczności, bo twierdzi, że tekst do badania, czyli podpis tego chłopaka, jest za mały.

Dlaczego uszło uwagi prokuratora, że "brat kontrolował brata"? Otóż inspektor Państwowej Inspekcji Pracy z Torunia kontrolujący zakład po wypadku jest bratem właściciela toruńskiej firmy Tarcza, która obsługuje Vobro w sprawach bhp.

Krzysztof Pruszewicz, stojąc godzinami na trzech schodkach mieszalnika, powinien mieć służbowe, antypoślizgowe buty z atestem. A prokurator Perliński zdaje się dawać wiarę tłumaczeniom, że w Vobro zakładowe obuwie należy się po okresie próbnym. Czy w okresie próbnym nie można się pośliznąć i zabić?

(Z raportu Magdy Pruszewicz: "W lutym podczas wizytacji komisji ISO kazano Krzyśkowi przejść na inne stanowisko, by nie spotkał się z członkami komisji, bo nie posiadał uprawnień do obsługi maszyn").

Inspektor nie jastrząb, inspekcja musi być zapowiedziana

- U nas w inspekcji - opowiada mi behapowiec, którego poprosiłem o konsultację - była pani Zosia, inspektorka. Jak szła na kontrolę, to po drodze do kierownika pstrykała zdjęcia: a to pracownicy na dachu bez zabezpieczenia, a to piła bez osłony. I kierownik nie mógł się wymigać. To było już za wolnej Polski, ale potem jakiś minister powiedział: "Inspektor pracy nie może jak jastrząb spadać na pracodawcę". I zmienili przepisy. Teraz muszę uprzedzić zakład, że się wybieram na kontrolę.

A te nadgodziny? To co, że pracownik się zgodził, a kodeks pracy?! Nawet nie wiadomo, jaka to praca: lekka czy bardzo ciężka. Czy na tym stanowisku w ogóle dopuszczalna jest praca przez 12 godzin? Chłopak ciężko pracował i jeszcze kierował zespołem.

Powiem panu, zobaczyli, że chłopak ze wsi, pracowity, więc go zaprzęgli do roboty i zajechali.

Po co prokurator w swoim uzasadnieniu umorzenia śledztwa wtrąca, że Vobro teraz, czyli po wypadku, zmienia system pracy na łagodniejszy?

Dlaczego inspektor pracy, badając okoliczności wypadku, donosi, że teraz, po tragedii, Vobro zmienia mieszalnik na mniejszy, nowszy i łatwiejszy w obsłudze? Wystarczy go przechylić i wylać masę.

Kropka

W Vobro nikt nie chce ze mną rozmawiać. Odsyłają do szefa. Dzwonię do Wojciecha Wojenkowskiego. Sekretarka najpierw mówi, że szefa nie ma, a za drugim razem oświadcza krótko: - Szef nie będzie z panem rozmawiał, kropka.

- Chciałem zapytać, czy pan Wojenkowski nie czuje się winny śmierci tego chłopaka.

- Żartuje pan?!

- Nie, pytam ze śmiertelną powagą.

- Przecież to był nieszczęśliwy wypadek, myśli pan, że szef tego nie przeżywa? (trzask odkładanej słuchawki)

Z siostrą Krzysztofa szukamy robotników Vobro chętnych do rozmowy.

- Przepraszam, czy pani pracuje na "cza-czy"? - próbuję zaczepiać pod bramą zakładu. Kobieta w krzyk i strażnik mnie przepędza.

Dzwonimy po pracownikach, Magda ma już listę telefonów. Wszyscy odmawiają.

Jeździmy po domach. Robotnica z Vobro po 12 godzinach wróciła z pracy. Pali jednego za drugim i pilnuje późnego obiadu. Pytam o te 200 podpisów bez daty pod instrukcją bhp.

- No, ja też podpisałam.

- Kiedy?

- Niedawno, jakoś latem.

- Ale ostatni na liście jest podpis chłopaka, co zginął 16 kwietnia.

- Tak? To ja nie wiem, co mnie pytacie - denerwuje się kobieta.

Mówi, że Wojenkowski to ludzki szef, tylko kierownik produkcji nie szanuje ludzi. - Po wypadku groził bunt na zakładzie. Kobiety zeszły ze zmiany o drugiej w nocy, osiem godzin i koniec, żadnych nadgodzin, następna zmiana to samo, a na cza-czy w ogóle robota stanęła, nikt tam nie chciał pracować. Potem Aśka, ta od ISO u nas w zakładzie, akurat wróciła z macierzyńskiego, poszła do Wojenkowskiego i mówi, jak jest, że szef produkcji zamordysta, że ludzi gna. Aśce Wojenkowski wierzy, bo jak inni do niego chodzili, to machał ręką. No i słyszę, że ponoć szef produkcji poleciał.

Pracownica Vobro rozmawia z matką Krzysztofa przez telefon: - Nie widziałam, ale ta pielucha tam była. Tak się robiło. Ja bym też zawiązała pieluchę.

Pracownicy mówią, że w dwunastej godzinie roboty ciężko wydobyć masę, która stygnie. Nie wiadomo, kto i kiedy zaczął blokować wyłącznik pieluchą, żeby mieszadło samo wybierało i tylko zgarniałeś masę z łapy.

Inna pracownica to potwierdza: - Zawiązywali pieluchę, maszyna się kręciła, a masę w locie się łapało, robiło kulkę i niosło na noże, które cięły to na cukierki, bo brygada czekała. A jak nie zrobisz normy, to brygada nie ma premii. Kobiety z Krzysia były zadowolone, bo był pracowity, za poprzedniego brygadzisty nie miały premii.

Luty - 376 godzin

Wchodzi Pruszewiczowa z szufladą syna. - Przypomniało mi się, trzy godziny przed wpadnięciem syna kobieta w Vobro dostała klapą od maszyny w głowę, tak że trafiła do szpitala. Może taka pogoda była, że z ludźmi coś się działo. - Pokazuje, co zostało po synu. Wszystko poukładane, od podstawówki. Karta rowerowa, portfel, grzebień. (- Jak szedł do pracy, to się galantował). Dwie karteczki, coś sobie notował w pracy: "jamajka, czekolada na oblewanie wajcha w dół. Folia karaibska dekorowana, cza-cza, średnie koło, samba, wentylator napęd stały, taśma, włącz wyłącz w odwrotnym kierunku (gorący tłuszcz zetnie się masa)".

- Wie pan, że na tym mieszadle nikt za bardzo nie chciał robić. - Pruszewiczowa łyka tabletki na uspokojenie. - Koledzy z pracy syna namówili, "idź na mieszadło, dostaniesz 200 zł więcej". Nie miał za bardzo odwrotu, jak to na okresie próbnym.

Dwa odcinki wypłaty. W lutym przepracował 168 godzin, 32 nadgodziny płatne po 50 proc., i 88 nadgodzin po 100 proc., 88 godzin nocnych. Premia za wydajność itd., na rękę 2582,49 zł.

Wzdycha: - Jak przyniósł pierwszą wypłatę, mąż mówi "zobacz, ty dzieciaku masz tyle za miesiąc, co ja za sześć świń, które trzymam pół roku". Ale bez nocek i nadgodzin miał minimalną krajową.

Zostało po nim w szufladzie 2,5 tys. zł. Nie pił, nie palił, pieniądze kupkował. Chciał być kucharzem, marzył o własnej restauracji. W lutym nawet w soboty pracował. Niedziele odmówił, bo niedziela jest dla Kościoła i rodziny, chociaż namawiali. Nawet msze z radia mieli puszczać na niedzielnej zmianie.

 - Dziesięć kilo schudł przez dwa miesiące pracy. Tam nie było, żeby usiąść. Jak chciał sikać, to musiał dziewczyny z taśmy prosić, żeby pilnowały maszyny, i wtedy wybiegał.

Dwa dni przed wypadkiem mieszalnik się ze-psuł i przerzucili go na inny oddział. Dzieciak zapomniał o temperaturze w mieszalniku. Jak przyleciał, to czekolada już zesztywniała. Farelką podgrzewał, żeby ją wydobyć. Wrócił późno, podłamany i z bąblem na ręku, bo się tą farelką oparzył. Przecież widzieli, że chłopak nie daje rady.

Pisał wtedy SMS-y do koleżanek, że ryczy i ma dość. Ale jak policja je przesłuchiwała, to tylko pytali, czy nie miał samobójczych planów. Ja nie przeczę, mógł zemdleć, mówił, że na nocce najgorzej nad ranem, kiedy kobiety skończą i kierownik przerzuci je na inne oddziały. Człowiek sam, taka cisza, i walczy ze zmęczeniem. W protokole behapowiec napisał, że syn był leniwy, bo nie chciało mu się chodzić po tych schodkach. A kierownik zeznał, że Krzych był nadambitny.

Świadectwo pracy. Punkt 3, "stosunek pracy ustał: w wyniku śmierci pracownika".

Matka czyta i nie rozumie: - "Proszę o wyrażenie zgody na pracę w systemie 12-godzinnym zmianowym w godzinach nadliczbowych i nocnych". To pracownik prosi? Wszystko teraz sfiksowane. Teraz to nie ma Polski. Tylko pieniądze są.

Gadu-Gadu o pracy

Magda wącha półbuty Krzyśka. - Już nie pachną. Cały tak przesiąkał czekoladą, że wszystko pachniało na słodko. Rzeczy, pokój. Był intensywnie czekoladowy. Koleżanki się śmiały, "Krzysiu jesteś taki słodki".

Koleżanki z technikum, Kasia (dziewczyna Krzysztofa) i Gosia: - Miał ksywkę "Źrebak". Na pierwszej lekcji każdy mówił, czym się interesuje, i Krzyś opowiadał, że lubi zwierzęta, małe prosiaki, źrebaki... I chłopacy zaczęli rechotać: źrebak, źrebak! Tylko on pamiętał o 8 Marca, kupił wszystkim dziewczynom po róży, chyba z 50 zł wydał, ale się cieszył.

Gosia ma jeszcze list od Krzycha z Gadu-Gadu: "hej pracuje w vobro brak słów 12 h na dobę ledwo się kładziesz spać to już wstajesz. a co tak się robi - heh litości ja naprzykład robię chyba wszystko: nosze wiadra nalewam 5 różnych mas czekoladowych mleczny, czekoladowy, tofi, kapuczino, i cos tam jeszcze (wyleciał mi ten 5 smak) myje sita młyny które mieszają składniki no i ja nosze te składniki i muszę warzyć przesiewać i się nie mylić bo za pomyłkę płaci się życiem (hihihi) wylatujesz za pomyłkę i co ja tam jeszcze robię aaa uzupełniam papiery.

Mam 15 minutową przerwę na 6 godzin więc mam 2 przerwy ledwo siusiu i chlebek a już musisz iść robić... no ale mam prace śpię już tylko 5 godzin na dobę. Nie jest źle kwestia przyzwyczajenia i wytrzymania. heh czas iść spać.

krzysiu P. sory za błędy ale myli mi się bo krzyż mnie napierdala i pisze na leżąco".

W czwartek sąd

Prokurator rejonowy w Brodnicy Alicja Szram (Marcin Perliński był na urlopie) - Wcześniej były doniesienia anonimowe, że w Vobro istnieje "zamordyzm, stalinowskie metody pracy, gestapowskie relacje między podwładnym a przełożonym" i że tak nie może być, bo dojdzie do tragedii. Badaliśmy to, ale osoby, które się wypowiadały do protokołu, nie powiedziały ani pół słowa, które by upoważniało nas do wszczęcia postępowania.

- Dotarli państwo do autorów anonimów?

- Przesłuchaliśmy każdą osobę, która miała coś do powiedzenia, z tym że znalezienie chętnych, nie jest łatwe. Przesłuchiwani mówili, że relacje pracownik - pracodawca są wzorowe i nie ma zastrzeżeń do czasu pracy.

- A blokowanie wyłącznika pieluchą?

- Co do pieluchy, to wiadomo, że była praktykowana, ale ci, którzy o tym mówili, przyznawali, że człowiek odpowiedzialny za bezpieczeństwo pracy, gonił ich za to. Badaliśmy wiele wątków, czy na przykład pracownik się pośliznął, bo nie miał odpowiedniego obuwia.

- I co z butami?

- Uznaliśmy, że jeśli ze strony inspekcji pracy nie było zarzutu dla behapowca i kierownika, że dopuścili pracownika w innych butach, to kwestia obuwia nie budzi wątpliwości.

- A to, że inspektor kontrolował brata?

- Nie wiem, czy prokurator Perliński o tym wiedział. Ja bym się zastanawiała, czy ten inspektor nie powinien być wyłączony ze sprawy, by uniknąć zarzutu stronniczości. I dlaczego sam się nie wyłączył? Bo to nieetyczne. Jednak musimy udowodnić, że do wypadku ktoś się przyczynił w sposób umyślny lub nieumyślny, w wyniku niedbalstwa, lekkomyślności. To też jest forma winy. Ale muszą być dowody, które umożliwią skazanie przed sądem.

- Na razie udowodniliście państwo, że chłopak był sam sobie winien.

- Nie, raczej nie udowodniliśmy nikomu, że zawinił.

W czwartek brodnicki sąd rozpatrzy zażalenie Pruszewiczów na prokuratorskie umorzenie i zdecyduje, czy wznowić śledztwo w sprawie śmierci Krzysztofa.

Matka stoi pod bramą

Wieczór, Pruszewiczowa wraca spod bramy Vobro, już piąty miesiąc próbuje porozmawiać z tym robotnikiem, który tamtej nocy pracował z Krzysiem i jest jedynym świadkiem w sprawie pieluchy. - Kto Krzysia tego nauczył? Przecież syn tego nie wymyślił, trząsł się ze strachu, jak to będzie w tej robocie, a teraz wszystko na niego zwalili, bo nie żyje. W zakładzie powiedzieli, że nie mogą zmusić tego pracownika, żeby ze mną rozmawiał. Chodzę pod zakład z Karolinką, widzę z daleka, jak wychodzi z hali, ale od razu do samochodu wskakuje. Dzisiaj byłam pod bramą, bo widzę, że rano stoi jego auto. O 14 nie wyszedł, czyli znowu pracują na 12 godzin.

PS W tym roku tradycyjny Piknik Cukierka, jaki Vobro organizuje swoim pracownikom, został odwołany.

Źródło: Duży Format

Powrót na górę