Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Zawsze mnie w końcu zwalniali...

pikieta_zgPoniżej publikujemy wywiad z działaczem Inicjatywy Pracowniczej Piotrem Krzyżaniakiem z Lubuskiej Komisji Międzyzakładowej, który ukazał się w jednym z zielonogórskich tygodników. Tekst ten ilustruje realną sytuację, jeżeli chodzi o przestrzeganie swobód związkowych w Polsce.

 

Pracował pan w kilku marketach. Próbował pan za­kładać tam związki. W końcu zawsze wyrzucano pana z pracy...

Bo mechanizmy wszędzie są takie same. Pracodawcy robią wszystko, żeby nie dopuścić do powstania w dużych handlowych sieciach organizacji związkowych.

Robią to dość skutecznie. Walczył pan chyba z wia­trakami.

Pracownicy marketów boją się utraty pracy. Poza tym są bardzo podzieleni. Jedni pracują na umowach o pracę, inni zatrudniani są przez zewnętrzne firmy na umowach zleceniach, umowach o dzieło. Ci, którym udało się zatrud­nić na umowę o pracę, boją się, że „zleceniowi" zabiorą im pracę, bo robią to samo, ale na gorszych zasadach, często za niższe wynagrodzenie, bez urlopu, bez chorobowego. Ten konflikt bardzo utrudnia budowę struktury związkowej.

Próbował ją pan najpierw zbudować w Auchan.

Zatrudniłem się tam przez agencję i przez rok byłem na umowie cywilnoprawnej. Potem dostałem umowę o pracę. Przepracowałem na niej miesiąc, dopóki mnie nie zwolnili.

Bo zorientowali się, że bawi się pan w związki?

Już wcześniej, to chyba był 2007 rok, spotkałem tam pracownika, który mi powiedział, że próbował założyć związki, ale mu nie wyszło. Bo pracownicy dostali do pod­pisania lojalki, że zabrania się wstępowania i zakładania organizacji związkowej na terenie marketu.

To nielegalne...

Oczywiście. Potwierdził mi to jeszcze inny pracownik. Jak ja pracowałem w Auchan, to tam aż trzy firmy podnaj­mowały pracowników na kasy. Próbowałem więc założyć komisję międzyzakładową, ale jedni obawiali się drugich. Udało mi się mimo to zorganizować grupę, której przeka­zywałem ulotki i nasz biuletyn związkowy. Zrobiłem też siedem spotkań poza zakładem pracy (w zakładzie było­by to zbyt ryzykowne). Nikt jednak nie przychodził. Aż w końcu po roku czasu zaczęli się zjawiać ludzie. Poczułem się silniejszy. Postanowiłem zrobić pikietę. Oczywiście nie z pracowników Auchan. Przyjechali na nią ludzie w Inicja­tywy Pracowniczej spoza Zielonej Góry. Ja siedziałem na kasie z pracownikami, a na zewnątrz rozdawano ulotki. Po tej pikiecie zacząłem prowadzić silną propagandę na sklepie, żeby założyć jednak związek. Rozwieszałem ulotki. Oczywi­ście wydało się, że jestem prowodyrem wszystkiego.

I wtedy pana zwolniono?

Najpierw zostałem oskarżony o kradzież bonów świą­tecznych w wysokości 4 tys. zł. Niby dwukrotnie tej kradzie­ży dokonałem. Już jak „ukradłem" pierwszy raz, to o tym wiedzieli. Ale o dziwo drugi raz dali mi „ukraść" i jeszcze pozwolili siedzieć na kasie do końca roku. Sprawą zajęła się policja. Zrobili mi rewizję w domu, by zna­leźć te bony. Jak znaleźli ulotki i plakaty, to się trochę przestraszyli i stwierdzili, że to spra­wa polityczna. Rewizję zrobili tak delikatnie, że jak miałem wielotomowe książki ułożone przypadkowo, to po przejrzeniu ułożyli je po kolei. Zabrali mnie na komisariat, pozwolili rozmawiać telefonicznie z sekretarzem Ini­cjatywy Pracowniczej, Jarkiem Urbaniakiem. Jeden z policjantów wziął ode mnie słuchawkę i zaczął się tłumaczyć, że nie był w milicji, bo dopiero od 14 lat jest policjantem. Prokuratu­ra w końcu umorzyła śledztwo, bo nie tyle nie było dowodów, że ja coś ukradłem, ale nawet dowodów, że w ogóle coś zginęło. Potem była sprawa w sądzie o przywrócenie mnie do pra­cy. Ale mieli w firmie taki bałagan w papierach, że nie można było ustalić, kto mnie zatrudniał. Skończyło się ugodą, zmianą dyscyplinarki na wypowiedzenie za porozumieniem stron. Nikt już nie chciał ode mnie pieniędzy za bony.

Ale przy okazji pozbyli się pana....

Tak, ale udało mi się jeszcze zorganizować grupę pracowni­ków poszkodowanych przez Auchan. Potem trafiłem do zielo­nogórskiego Tesco. Tam pracowałem bardzo krótko na umowę zlecenie. Nie chciałem robić żadnego związku, ale pracownicy już znali mnie z gazet. W tym czasie był strajk w Tesco w Ty­chach. Zaczęli pytać, jak tu można zrobić strajk. Wyjaśniłem, że to nie taka szybka sprawa. Najpierw trzeba założyć związek. Streściłem ustawę o sporach zbiorowych. Nie byli już tak bar­dzo chętni. Kiedyś, jak przyszedłem z nocki i spałem, obudził mnie telefon. Dowiedziałem się, że mam na razie nie przycho­dzić do pracy. Potem, że mam w ogóle nie przychodzić. Było to po tym, jak zrobiłem dość dużą akcję z ulotkami.

I co dalej?

Potem była Alma. Tam na początku też nic związkowego nie zamierzałem robić, bo chciałem się po prostu utrzymać, jakoś żyć, zarabiać. Ale znów się okazało, że pracownicy mnie pamiętają i ze sprawy w Tesco, i z Auchan. To byli zresztą często ci sami pracownicy, którzy się tu przenieśli. Wcześniej się nie angażowali w działalność, a w Almie zaczęli.

Poszło tam chyba o drabiny...

W magazynach regały miały trzy metry wysokości. Naj­pierw mieliśmy drabiny, po których można było wejść na samą górę, ale okazało się, że nie spełniają wymogów. Za­miast wymienić je na te, które spełniają, zabrano je i nie mieliśmy żadnych. Kombinowaliśmy z takimi malutkimi, które już w ogóle nie były przystosowane do tych regałów. To trwało trzy miesiące, a nowe nie przychodziły. Pracownicy bali się upadków z wysokości Od takiej błahej kwestii się zaczęło.

Pan wystąpił w pewnym momencie jako związkowiec i...?

Tak, ujawniłem się. Powiadomiłem pracodawcę, że jestem przedstawicielem lubuskiej komisji międzyzakładowej Ogól­nopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Chciałem otrzymać legalną tablicę na materiały związkowe. Myślałem, że jeśli nie zacznę od pikiety, ale podejdę normalnie, po ludzku, to się dogadam i np. uda się załatwić chociaż te dra­biny. Sam stopowałem pracowników, bo chcieli od razu wyż­szych wynagrodzeń. Powiedziałem, poczekajmy, jak będziemy silni, to będziemy mogli żądać więcej. Zwolnili mnie zaraz na­stępnego dnia po tym, jak złożyłem związkowe dokumenty.

Zwolnili pana już jako związkowca?

Twierdzili potem, że właśnie mieli mi wypowiedzieć umowę, że już wcześniej rozpoczęli procedurę. Próbowali mi wmówić, że to ja zachowawczo te dokumenty złożyłem, żeby się bronić przed wypowiedzeniem. A tak naprawdę byłem pracownikiem, któremu właśnie niedawno przedłu­żono umowę z okresu próbnego na trzy lata.

A o co chodziło z tym przyklejeniem kodu?

Chcieli mi udowodnić, że ponieśli stratę w wysoko­ści. .. trzech złotych z groszami. Po prostu pracownica na mięsnym pomyliła kod. Na mięso mielone nakleiła ten od kości. Ja, siedząc na kasie, miałem to wyłapać, a akurat tej jednej paczki nie sprawdziłem dokładnie. Takie błędy każ­demu kasjerowi się zdarzają. Z mojego zrobili przyczynę zwolnienia.

I co, nie przeszło panu?

Nie, choć teraz już nie szukam pracy w marketach.

Rozmawiała Grażyna Zwolińska

„Czwartek – Tygodnik Zielonej Góry”, 6-13 stycznia 2011

 

 

Powrót na górę

Podobne artykuły